Autor Danuta Antas

Artysta , filolog j. angielskiego, twórca oraz autorskich projektów graficznych cechujących się odważnym designem i specyficzną, trudno uchwytną atmosferą. Promotorka kultury i twórczości kobiet. Stworzyła magazyn CREA Gdy Kobiety Tworzą, publikuje artykuły o sztuce, fotografii, marketingu internetowym. Wyróżniana na prestiżowych międzynarodowych konkursach fotograficznych. Miłośnik przyrody, dobrej książki i ambitnego filmu, właścicielka 2 psów i 3 kotów.

| PORTFOLIA| WYDARZENIA| ZGŁOŚ PORTFOLIO >
OGŁOSZENIE

PISZESZ WIERSZE? OPOWIADANIA?

Daj się poznać czytelnikom, przyślij swoje teksty do naszej Redakcji. Najlepsze prace opublikujemy.

redakcja@gdykobietytworza.pl

Kto jest online
1 odwiedzających teraz
1 gości, 0 bots, 0 członków
Map of Visitors
Statystyki od 30/04/2014
Flag Counter
Znajdujesz się na: Strona główna»Czytelnia»Kobiety Piszą»Opuścili Ziemię najwyraźniej rozczarowani ...

Opuścili Ziemię najwyraźniej rozczarowani ...

Wiele lat minęło od Sylwestra 1999, ale dzień ten wrył się głęboko w moją emocjonalną pamięć i pozostanie ze mną przez resztę mojego życia. Zaraz po Świętach Bożego Narodzenia, pojechałam z przyjaciółmi do Grecji, żeby wspólnie w kolebce kultury, sztuki i cywilizacji, świętować nadejście nowego Millenium. Byłam bardzo podekscytowana z dwóch powodów. Jeden, to sam wyjazd do kraju filozofów i artystów napawał mnie dreszczykiem emocji. Od zawsze magia mądrości, piękna, szlachetnych idei, heroicznych walk starożytnych Greków, w jakiś dziwny, tajemniczy sposób fascynowała mnie, a Sokratesowski sposób komunikacji z ludźmi, wyznaczył moją metodę nauczania, którą stosowałam pracując jako nauczyciel. Drugi powód ekscytacji, to nadejście nowego tysiąclecia. Gdy uczymy się w szkole na historii o takich przełomowych momentach, wydaje nam się, że dzieje się wtedy coś ogromnie ważnego, coś na kształt globalnej zmiany klimatu. A tu nagle okazuje się, że my, zwykli ludzie, jesteśmy uczestnikami …, co tam uczestnikami, jesteśmy twórcami przełomowego momentu w historii i jakoś nie czujemy w tym niczego wyjątkowego.

Od samego początku to niezwykłe uczucie tajemniczej ekscytacji towarzyszyło naszej greckiej wyprawie. Wszystko, co zaplanowaliśmy w związku z wyjazdem, przebiegało gładko, sprawnie i bez kłopotów. Nawet w najśmielszych snach nie pomyślałabym o tym, co było mi dane przeżyć podczas tego krótkiego, kilkudniowego wyjazdu.

Pierwszy dzień naszego pobytu zaczął się pysznym, tradycyjnym greckim śniadaniem. Spragnieni świeżych warzyw i owoców, zajadaliśmy się aromatycznymi sałatkami, popijaliśmy lekkie wino, beztrosko żartowaliśmy i napawaliśmy nasze zmysły zapachem i atmosferą Grecji. Delektując się sałatką grecką, zauważyłam w pewnym momencie przystojnego, młodego mężczyznę, siedzącego nieopodal, patrzącego, a raczej gapiącego się na mnie, swoimi dużymi, błękitnymi jak niebo, oczami. Miałam wrażenie, że znam tego człowieka, nie dlatego, że wydawał mi się podobny do kogoś, kogo wcześniej widziałam, ale dlatego, że widząc jego spojrzenie, poczułam ciepło i szczerość takie, jakie daje ci prawdziwy przyjaciel lub ktoś, kogo kochasz z pełnym zaufaniem.

Po śniadaniu wybraliśmy się z przyjaciółmi na spacer wzdłuż plaży. Uwielbiam chodzić po wodzie, wpatrywać się we fale, które wbrew całemu otaczającemu nas chaosowi, niezmiennie i ze spokojem, niemalże metodycznie, zbliżają się do nas i oddalają, w tę i z powrotem, w przód i w tył, w górę i w dół. Ten rytm fal i towarzyszący im szum, to jak wielkie, pulsujące serce żyjącej nieskończenie natury. Po dwóch godzinach spaceru, przyjaciele moi nieco zmęczeni, zdecydowali się wrócić do hotelu. Ja, miłośniczka morza, oczarowana jego magią i pięknem, postanowiłam posiedzieć na wielkim kamieniu, leżącym na plaży i popatrzeć na mój ulubiony spektakl teatralny – widok fal. W pewnym momencie, zauważyłam w oddali sylwetkę człowieka idącego wzdłuż morskiego brzegu, łukiem biegnącego od miejsca, gdzie się znajdowałam, do miejsca, w którym był nasz hotel. Z początku nie mogłam rozpoznać, czy to mężczyzna, czy kobieta. Po pewnym czasie jednak, zorientowałam się, że to ten sam człowiek, właściciel pięknych niebieskich oczu, którego rano podczas śniadania spotkały się z moimi oczami.

Nie minęło więcej, jak 5 minut, gdy mężczyzna był już blisko, podszedł do mnie, przywitał się spokojnym głosem i przestawił mi.

– Nazywam się Noel – powiedział.

– Jestem Anna – odpowiedziałam na powitanie.

W sposób naturalny i swobodny, jak nigdy dotąd z nikim nie rozmawiałam, tak, jakbyśmy się znali całe życie, rozmawialiśmy ze sobą ponad dwie godziny. Nie pytaliśmy siebie w ogóle o naszą pracę, o to gdzie mieszkamy, ani o nasze rodziny. Tego dnia, te typowe tematy rozmów, w ogóle mi nie przyszły do głowy. Noel okazał się być bardzo wrażliwym i mądrym człowiekiem i to taką inną mądrością, pochodzącą gdzieś z nieznanej głębi, nie taką mądrością wyczytaną z książek. Trudno to zdefiniować, ale czułam coś niezwykle oświecającego mnie, rozmawiając z nim. Miałam wrażenie, że wszystkie sprawy, które dotąd w moim życiu wydawały mi się niejasne, bezsensowne, oderwane lub bez związku ze mną, teraz nabrały innego kształtu, nowego znaczenia. Zobaczyłam je w innym świetle, wszystko nagle zaczęło mieć sens, i to bardzo ważny sens.

Cały czas, rozmawiając swobodnie z Noelem, nie mogłam się jednak oprzeć wrażeniu, że jego oczy wyrażają niewiarygodny smutek. To z lekka uświadomione spostrzeżenie spowodowało, że poczułam się nieswojo. Ponieważ była to już pora obiadu, przestałam się zastanawiać nad moim niespodziewanym odczuciem dyskomfortu i wróciliśmy razem do hotelu. Na miejscu, zanim rozeszliśmy się do swoich pokoi, Noel zaproponował, abyśmy uczcili dzisiejszy Sylwestrowy wieczór razem i wspólnie o północy powitali nowe tysiąclecie. Byłam podekscytowana naszym spotkaniem i chętnie zaakceptowałam jego propozycję. Pożegnaliśmy się i rozeszliśmy w dwóch różnych kierunkach. Wracając do swojego pokoju długim, sterylnie czystym hotelowym korytarzem, pozbawionym ozdób, które mogłyby rozpraszać uwagę przechodniów, uświadomiłam sobie, że zakochałam się w Noelu.

Reszta popołudnia tego dnia dłużyła mi się niemiłosiernie, głównie dlatego, że nie mogłam się doczekać kolejnego spotkania z Noelem. Najdziwniejsze dla mnie było to, że moi przyjaciele, którzy zazwyczaj mieliby mi za złe to, że chcę się od nich odłączyć i spędzić czas z kimś innym, tym razem nie mieli nic naprzeciwko. Wydawali się na swój sposób uradowani, że mogę być w ten szczególny dzień z kimś niezwykłym i tajemniczym.

Moja niezapomniana randka w równie pamiętny dzień, zaczęła się dokładnie o zachodzie słońca. Wypiliśmy wspólnie pyszną, moją ulubioną kawę z pianką w przytulnej kafejce na plaży, po czym udaliśmy się na długi spacer brzegiem morza, chłonąc oczami i duszą piękno chwili, słuchając szumu fal. Morze otaczała delikatna, srebrzysto-błękitna mgiełka, rozświetlana gdzieniegdzie światłami statków oczekujących na wejście do pobliskiego portu. Wyglądało to jak wieczorne niebo tuż przez zaśnięciem słońca, na którym co chwila pojawia się gdzieś nowa gwiazda. W pewnym momencie naszych uszu dobiegły głosy kłócącej się pary. Młody mężczyzna wyzywał okrutnie swoją towarzyszkę, która płakała. Nagle, w oczach Noela pojawił się nieznany mi błysk, jakby grymas bólu. Zatrzymał się na chwilę, zamyślił, potem wziął mnie za rękę i mocno przytulił do siebie. Zaraz potem wróciliśmy w kierunku plaży przy naszym hotelu, tam, gdzie miały odbywać się główne imprezy z okazji nadchodzącego Nowego Roku i Nowego Tysiąclecia zarazem.

Tego wieczora dobrze bawiliśmy się wspólnie z innymi, obcymi nam ludźmi. Tańczyliśmy, śmialiśmy się, piliśmy wino i szampana. Pomimo dobrej zabawy w towarzystwie Noela, nie mogłam się pozbyć ulotnego wrażenia czegoś tajemniczego i niezrozumiałego, otaczającego nas wokół i jednocześnie jakby unoszącego się w powietrzu nad nami. Noel wydawał mi się zbyt dobry, zbyt idealny, nie pasował do mężczyzn, których znałam. Nie mogłam uwierzyć, że to, co przeżywam, jest realne, prawdziwe. Zaledwie się poznaliśmy, polubiłam go, a już miałam przeczucie, że coś mi z umyka, jakby wyślizguje się z rąk. Coś, co bardzo chciałam zatrzymać na zawsze.

Północ zbliżała się szybko. Ludzie wokół dość mocno pijani, coraz głośniejsi, muzyka też jakby przybrała na sile. Powszechny entuzjazm i radość ludzi graniczące wręcz z obłędem w takich zbiorowych, wspólnie przeżywanych momentach, zawsze prowokowały u mnie smutne refleksje. Z czego ci ludzie tak bezsensownie się cieszą? Na co mają nadzieję? Że ich życie nabierze innej jakości i wartości ot tak, bo nadchodzi Nowy Rok?! Tak, jak gdyby lepsze życie można było wygrać jak przysłowiową szóstkę w totolotka. Cieszą się chyba tylko dlatego, że alkohol pozwala im przestać myśleć normalnie. Po kilku godzinach muzyka cichnie, wrzawa zamiera, kurz opada i ciężki ból głowy o poranku zaczyna przypominać ich normalne życie. Znajomi zawsze uważali mnie za smutasa, bo nie przyłączałam się do takich wspólnych zabaw. Szukałam czegoś większego, głębszego, czegoś, co ma prawdziwą wartość dla mnie samej. Nie sztucznej radości, ale takiej, która wypływa z wnętrza mnie. Tak, jak wtedy, gdy byłam dzieckiem, radość była moją naturalną cechą. Nie mogę sobie tylko przypomnieć momentu, kiedy zanikła ta naturalna cecha we mnie. Myślę, że następowało to powoli, od momentu, gdy poszłam do szkoły. Zawsze uwielbiałam się uczyć, ale szkoła hamowała mój rozwój, czułam się w niej, jak w więzieniu, w którym już nie byłam człowiekiem, tylko jakimś z góry mi nadanym numerem. Zauważyłam, że Noel również zanurzył się w rozmyślaniach i całkiem niepostrzeżenie, tańczyliśmy wolno się kołysząc z dala od całej grupy uczestników Sylwestrowej zabawy. Byliśmy w innym świecie, niby ze wszystkimi, ale jednak osobno, uczestnicząc w zabawie, ale jednocześnie ją obserwując z zewnątrz.

Nagle tłum ucichł na moment, zaczęło się odliczane sekund brakujących do wybicia północy. Noel złapał mnie wtedy za ręce, spojrzał tym swoim błękitnym wzrokiem w moje oczy i powiedział.

- Muszę ci coś wyznać. To bardzo ważne i trudne, ale jak już tak dłużej nie mogę. Widzisz, nie jestem jednym z was. Przybyłem tutaj jakiś czas temu z Marsa. Ziemia tam z daleka, wydawała mi się pięknym, zielono-błękitnym rajem. Zapragnąłem żyć wśród ludzi. Ponieważ moje pragnienie życia na Ziemi było większe, niż przywiązanie do moich Bliskich, uzyskałem zgodę Rady Mędrców, aby udać się w tę podróż.

- Nie rozumiem. – przerwałam Noelowi – Marsjanie to okrutne, zielone stwory, które brutalnie niszczą ziemię i zabijają wszystkich ludzi, których napotykają. Takich przynajmniej znam z filmów science-fiction.

- No właśnie, to jedna z typowych cech ludzi. – odrzekł Noel – Gdy czegoś nie znają, bądź nie rozumieją, z góry zakładają, że to jest złe, niebezpieczne, że im zagraża i trzeba to zniszczyć. Ludzie myślą o przybyszach z kosmosu jak najgorsze rzeczy, a tak naprawdę, to nie kosmici niszczą Ziemię, zabijają ludzi, wycinają wielki połacie lasów i mordują zwierzęta dla sportu i zabawy. To nie kosmici zabiją dzieci, torturują niewinnych, tylko dlatego, że mają inne poglądy. To nie kosmici wyrzucają góry śmieci do lasów i wylewają trucizny do rzek. My również, dla zysku nie dodajemy do jedzenia trujących składników, które powoli zabijają ludzi i powodują, że już malutkie dzieci drąży okrutny rak. Będąc tu na Ziemi od jakiś dwóch lat, zobaczyłem tutaj tyle okrucieństw, nienawiści, hipokryzji, tyle biedy, że to wszystko sprawiło, iż zacząłem chorować. To znaczy moja dusza zaczęła chorować. Uświadomiłem sobie, że już dłużej tu nie wytrzymam.

Gdy tylko zobaczyłem ciebie dzisiaj rano, pokochałem cię całym sercem. Czułem, że ty też jesteś inna, choć jesteś człowiekiem. Wiem, że chciałabym być z tobą do końca życia, ale nie potrafiłbym być szczęśliwy w tym dziwnym, zakłamanym świecie. Muszę wrócić do mojego świata, inaczej moja dusza by umarła. Zawsze, w jakiś sposób będę z tobą. Będę cię kochał, dotykał twojej ręki, przytulał do siebie. Będę mówił do ciebie razem z szumem fal i szelestem liści. Będę śpiewał razem z ptakami. Będę słońcem i chmurami malował obrazy dla ciebie. Chcę, abyś pomimo wszystko była szczęśliwa i znalazła kogoś godnego twego serca tutaj, na ziemi. Proszę, obiecaj, że nie zamkniesz się na życie.

- Obiecuję – odparłam z bolącym sercem. Pragnęłam zatrzymać dotyk Noela na zawsze, jego dobrą, ciepłą, ochraniającą energię, którą czułam się otulona odkąd pierwszy raz się spotkaliśmy. Gdzieś, w głębi duszy, zawsze będę przywoływać to uczucie i za nim tęsknić.

Chwilę później, gdy wybuchy fajerwerków osłabły, świat zdawał się wyciszać, przybyło pięć osób, dawnych towarzyszy Noela, by zabrać go z powrotem do domu. Widać było w ich oczach strach i przerażenie na widok tego, w jaki sposób ludzie świętują tak ważne wydarzenie, jak nadejście Nowego Roku i Nowego Tysiąclecia. Porozrzucane wszędzie papiery, puszki i butelki po alkoholu, mówiły same z siebie. Przez jakąś godzinę, rozmawialiśmy jeszcze razem, opowiedzieli mi o życiu na ich planecie, o tym, jak tam wszyscy szanują ziemię, rośliny, zwierzęta i siebie nawzajem.

W końcu się pożegnaliśmy, Noel uściskał mnie i pocałował gorąco po raz ostatni. W mgnieniu oka, świetlistym statkiem opuścili Ziemię najwyraźniej rozczarowani i zszokowani tym, co tu zobaczyli. A ja pozostałam nieruchoma, mając wrażenie, jakby czas stanął w miejscu, a ja sama jakbym stała się malutką jego cząstką.

Autorka opowiadania:

PISZESZ WIERSZE? OPOWIADANIA? Daj się poznać czytelnikom, przyślij swoje teksty do naszej Redakcji. Najlepsze prace opublikujemy.

redakcja@gdykobietytworza.pl

Danuta AntasAbout post author
Related posts

Leave your comment

Your Name: (required)

E-Mail: (required)

Website: (not required)

Authorization code from image: (required)


Message: (required)

Send comment